wtorek, 30 lipca 2013

„Królowa w kolorze karminu” – królowa po macoszemu.


Renata Czarnecka, "Królowa w kolorze karminu".




"Wzruszająca historia opowiadająca o romansie i małżeństwie Barbary Radziwiłłówny i Zygmunta Augusta. Spotkanie tych dwojga ludzi zmieniło nie tylko ich życie, ale także bieg historii.
Urzekająca opowieść w ciekawy sposób ukazuje również kulisy wielkiej polityki, gdzie Radziwiłłowie skrzętnie wykorzystywali związek siostry z królem, by zaspokajać partykularne interesy rodu. A wszystko zostało przedstawione na tle barwnego życia dworskiego, gdzie roiło się od intryg i zdrad."

   To by było na tyle, jeśli chodzi o oficjalny opis powieści. Teraz ja napiszę, dlaczego właściwie ta książka mi się nie podobała.

   Teoretycznie ma wszystko, co powinno mnie zainteresować: bardzo ciekawe czasy historyczne, nietuzinkowe postacie i fascynującą historię ich życia. A mimo to czasu spędzonego z „Królową…” nie mogę zaliczyć do udanego. Pierwsza rzecz, to strasznie ciężki styl pisania autorki. Nie wiem dlaczego, ponieważ opisy są w miarę zrównoważone z dialogami, nie ma zbyt wielu dłużyzn, jednak czytanie szło mi jak po gruzie. Poprzednią książkę pani Czarneckiej „Signora Fiorella kapeluszniczka królowej Bony” czytało mi się równie ciężko, nużąco i źle. Nie dokończyłam jej. Przy „Królowej…” , mimo że ma ponad 700 stron uparłam się. Nie wiem w czym tkwi moja trudność w wydobyciu lekkości z książek tej autorki.  Jej historie po prostu mnie nie porywają.

   W powieści ważną rolę odgrywa erotyzm. Nawet więcej, on się dosłownie wylewa z jej kart. W moim odczuciu autorka grubo przesadziła. Czasy renesansu były dość frywolne, przyznaję. Po ascetycznym średniowieczu ludzie zachłysnęli się swobodą, jaką dała im nowa koncepcja życia. „Człowiek na pierwszym miejscu”, czyż to nie najlepsze hasło do usprawiedliwienia rozpasania seksualnego? Mimo to, w książce nie powinno to być tak nachalnie ukazane. Czytając, miałam wrażenie, że bohaterowie to stado nimfomanów, począwszy od karłów, poprzez medyków, dworzan, a skończywszy na królu i królowej. Moje zniecierpliwienie potęgował również sposób, w jaki owa seksualność została opisana. Teksty typu „widziała pożądanie w jego oczach”, czy spojrzał na „usta pragnące pocałunków” przywodziły mi na myśl kiepskie harlequiny, które można nabyć na stacjach PKP. Początek książki, scena w której Barbara oddaje się zapomnieniu w ramionach kochanka jest zabiegiem dość ryzykownym. Niby seks się sprzedaje, ale taki początek podzieli czytelników na dwie grupy: tych, których zachęci w nadziei na jeszcze smaczniejsze kąski, i tych którzy takiej powieści nie potraktują poważnie i odłożą ją automatycznie na bok. Gdybym się nie uparła, że to przeczytam, to znalazłabym się niewątpliwie w tej drugiej grupie. Za plus pani Czarneckiej można przypisać to, że nie zagalopowała się w zbyt dosadnym opisywaniu stosunków cielesnych.

   Kolejna rzecz, to romans Barbary i Augusta, który miał być osią całej fabuły. I faktycznie był, jeśli spojrzeć na dworskie rozmowy i intrygi. Odniosłam jednak wrażenie, że miłość króla i Litwinki posłużyła jedynie temu, żeby dworzanie sobie poplotkowali. Chyba nie o to chodziło. W przedstawieniu uczuć głównych bohaterów nie było żadnej głębi. Wiemy, że pociągali się fizycznie, to było wielokrotnie podkreślone. Czekałam jednak na rozwój tego uczucia. Czekałam, czekałam i się nie doczekałam. Przez całą książkę jest bodajże cztery dialogi między Radziwiłłówną, a królem. Dialogi? Raczej krótka wymiana zdań i to frazesów w stylu : „dla ciebie jestem gotów zrzec się korony” (nie przytaczam tutaj dosłownych cytatów, jedynie ogólny ich wydźwięk). Nie ma ani jednej głębszej rozmowy, która pominęłaby temat pożądania i byłych kochanków. Wrażenie było takie, jakby nie mieli o czym ze sobą rozmawiać.

   Postaci królowej nie dałam rady polubić. Była niczym trojańska Helena. Pożądali jej niemal wszyscy, co dla mnie było dość komiczne. Źródła mówią, że była piękna, nawet jej wrogowie temu nie zaprzeczali. Jednak droga od zachwytu do pożądania seksualnego jest usłana jeszcze wieloma innymi uczuciami (uwielbieniem, podziwem, miłością platoniczną, zazdrością, wreszcie zwykłą przyjemnością z patrzenia na urodziwego człowieka). Skąd u pisarki pomysł, że mężczyźni odczuwają tylko fizyczne pożądanie na widok ładnej buzi?
   Barbara chciała być wolna, buntowała się wobec tego, że jest jedynie marionetką w rękach swojej rodziny. Chwalebne, godne podziwu pragnienie, zważywszy na czasy w jakich żyła. Jednak zaraz potem spadamy na ziemię. Bo do czego pragnienie wolności według Barbary się sprowadzało? Do swobodnego wybierania mężczyzn na każdą kolejną noc. Do własnego rozporządzania własnym ciałem. Pewnie każda kobieta w tamtych czasach miała takie pragnienia, ale nie wydaje mi się, żeby były one osią walki o swobodę. Wolność niesie o wiele więcej korzyści, niż tylko wybór przygodnego kochanka. Nie wiele się w sumie o Barbarze dowiadujemy. Większość powieści to rozmowy i uczucia dworzan, rodziny królewskiej kochanki, czy królowej Bony. Sama Barbara snuje się gdzieś tam w tle i tylko od czasu do czasu autorka informuje nas, że kobieta tęskni za dotykiem Augusta, czuje się samotna, czy odtrącona przez otoczenie. Synowa Bony była postacią niewątpliwie tragiczną, niejednoznaczną. Sądzę, że można było bardziej zagłębić się w jej psychikę, zamiast opowiadać nam historie kto kogo pożąda na wawelskim dworze.

   Raziło mnie też poprowadzenie fabuły w ten sposób, że jeśli kilka rozdziałów poświęcone było innej osobie (królowa Bona, królowa Elżbieta) to reszta najważniejszych postaci, w szczególności Barbara, zostawały pominięte i właściwie nie wiemy, co się z nimi w tym czasie działo. Znów mamy tylko szepty dworzan w komnatach i czyhanie w antykamerach na najświeższe nowiny. 

   Dworzanie. Autorka poświęciła im najwięcej miejsca. Praktycznie wszystkiego dowiadujemy się z ust sług i rodziny królewskich kochanków. Jednak wśród tej całej gromadki nie ma ani jednej charakterystycznej postaci, która przykułaby uwagę i na którą czekałoby się z każdą przekartkowaną stronicą. Mężczyźni w większości to piękne efeby, a kobiety eteryczne nimfetki. Owszem, królowa miała prawo otaczać się urodziwymi ludźmi, ale w większości musiały to być osoby z możnych rodów, gdzie piękny wygląd nie był regułą. Owszem, występują tutaj mniej urodziwe, ciekawsze postacie (Katarzyna – intrygująca epizodyczna postać), ale pojawiają się na krótką chwilę. Podobały mi się wątki karlic królowej Bony i Barbary oraz krótka historia w/w Katarzyny. Wśród dworzan wielu było wiary protestanckiej, co zostało moim zdaniem za późno powiedziane. W owych czasach religia Kalwina odgrywała dość istotną rolę. Autorka podkreśliła, że król sprzyjał innowiercom, ale nie powiedziała, kto z ważnych postaci jest wyznawcą kalwinizmu. Nie było to potrzebne, nie wzbogacało fabuły? Moim zdaniem wzbogaciłoby, a przynajmniej pomogło zachować płynność historii. Król, żeby koronować Barbarę przyjął edykt sprzyjający katolikom. Wtedy z zaskoczeniem dowiadujemy się, że główne nadworne postacie są kalwinistami, jak na przykład Kieżgajło, czy Tarło. Moja pierwsza reakcja: a to oni są protestantami? O, popatrz!

   Cała historia Barbary i Augusta toczyła się w ciągu prawie ośmiu lat. Niestety nie odczułam w powieści tego czasu. Wszystko opisane jest tak, jakby kochankowie byli ze sobą dwa, trzy lata. Wprawdzie gdzieniegdzie jest wspomniane, że mijały miesiące, ale to zauważa się mimochodem. Gdyby autorka wspomniała o wydarzeniach historycznych, które działy się w tamtym czasie, to powieść nabrałaby większego tempa i rozmachu.

   "Królowa..." ma 700 stron, a cała historia opowiedziana jest w bardzo kameralny sposób. Przez cały czas siedzimy w antykamerze, albo w komnatach królowej, obok naprawdę istotnych wydarzeń. Król walczył o Barbarę, były sejmy, zjazdy. Nie wiemy, co tam się działo. Opis koronacji, wydarzenia, o które kłócono się przez pół książki pozbawiony był szczegółów, opisu całej pompy, z którą niewątpliwie go przygotowano. Być może takie było zamierzenie pani Czarneckiej, żeby pokazać to z innej strony, ze swego rodzaju „backstage’u”. Nie wiem.


   Książka mnie nie porwała, jednak czytałam dużo gorsze. Pewne rzeczy mnie zainteresowały. Wątek królowej Elżbiety był ciekawy. Szczerze jej współczułam. Królowa Bona również wypadła przekonywująco.  Na uznanie zasługuje też ciężka praca Renaty Czarneckiej. Zapełnić ponad 700 stron drukiem, to nie taka prosta sprawa. Być może nie zrozumiałam tej powieści, może coś mi umknęło. Jakieś ogólne, nieznane mi założenie autorki, pomysł na wybrany temat. Wielu czytelnikom książki pani Czarneckiej szczerze się podobają. Ja spasowałam, jednak jeśli ktoś będzie miał możliwość przeczytać coś tej autorki, to zachęcam. A nóż się spodoba, tak jak innym?



piątek, 17 maja 2013

"Gdybyś to panno Austen widziała…"



   Odkąd pamiętam, zawsze książki, które raczyły wyjść spod pióra Jane Austen niepomiernie mnie nudziły. Sięgnęłam po pozycję tej pisarki pierwszy raz w liceum. Była to „Rozważna i romantyczna”. Jako że w wieku lat szesnastu człowiek marzy o burzliwych i dramatycznych historiach miłosnych, które chwytają tak za serce, że nie chcą puścić przez dobrych kilka miesięcy ( przykładowo: Wichrowe Wzgórza ) nic dziwnego, że proza Austen skutecznie mnie usypiała. Oficjalny język, drętwe (w moim ówczesnym mniemaniu : ) ) dialogi i nudna ciągnąca się nieskończenie fabuła sprawiły, że dygnęłam uprzejmie przed pisarką i jej grzecznie podziękowałam. Oczywiście, teraz jest inaczej. Dygnęłam znów przed panną Jane i ze skruszoną miną przysiadłam obok na krzesełku, żeby posłuchać snutych przez nią historii. Ten post nie będzie jednak dotyczył książek. Dlatego przeskakujemy do kolejnego akapitu.

   W tych burzliwych, nastoletnich czasach proza Austen mnie nie urzekła, zachwyciły mnie natomiast filmy robione na podstawie jej powieści. Bardzo dziwna rzecz.  O ile historie opowiedziane w książkach wydawały mi się statyczne i nudne, o tyle w filmach opowieści te nabierały życia, dramaturgii i dynamiki. Łączył je wspólny, bardzo charakterystyczny  klimat. Kocham kino na podstawie prozy Austen do dziś. Dlatego  bardzo mnie cieszy wysyp tychże ekranizacji ostatnimi czasy.

                                       „Rozważna i romantyczna” 1995r.

   Ach, klasyka klasyki, rzec by się chciało. Pozycja idealna na początek przygody. Pominąwszy to, że książkowe panny Dashwood miały po kilkanaście lat, a nie pod trzydziestkę, jak może wskazywać oglądanie w roli Elinor Emmy Thompson - ekranizacja bardzo dobrze zrobiona. Thompson, jako autorka scenariusza doskonale sobie poradziła. Kate Winslet ze swoją piękną, pełną figurą doskonale wpasowała się w słodki ideał ówczesnych kobiet. Nawet Hugh Grant, który niepomiernie irytuje mnie swoją niewyraźną miną, nie przeszkadzał aż tak bardzo. No, i wspaniały Alan Rickman! Zarejestrowany dowód na taśmie, że ten człowiek, to nie tylko Snape z Harry’ego Potter’a (tak dla młodszych, którzy mogą kojarzyć tylko i wyłącznie z tej serii), ale i doskonały pułkownik Brandon. Cóż za mężczyzna!

                          

             Rozważna Elinor nie pozwoli zginąć romantycznej Mariannie.

   W 2008 roku BBC wyprodukowało również mini serial. Warto rzucić na niego okiem, choćby ze względu na Elinor, która została bardzo dobrze zagrana.

                                                    Perswazje 2007 rok.

   Ten film jest produkcją telewizyjną i może nie być znany szerszemu gronu widzów. Ja mam jednak do niego wielką słabość i jest jednym z moich ulubionych. Fabuła filmu traktuje o tym, jak szkodliwe dla naszego własnego szczęścia może być uleganie radom, co do których nie jesteśmy wcale przekonani. Najbardziej w tym filmie ujęło mnie to, co wielu zniechęciło – niezbyt spektakularna aparycja głównych bohaterów, z naciskiem na bohaterkę. Filmowa Anne w wykonaniu Sally Hawkins wygląda zwyczajnie, niepozornie i mało urodziwie. Nadaje to wielkiego realizmu filmowi, a identyfikacja z bohaterką – jeśli ktoś ma ku czemuś takiemu skłonności – idzie w tempie błyskawicznym. Drugą rzeczą, jaka mnie zachwyciła w tej ekranizacji jest oczywiście kapitan Wentworth. Jejku, co za kapitan! Zdecydowanie w czołówce moich kawalerów made in Jane Austen.
   Minus filmu – bark dbałości o realia. Całowanie się na środku ulicy w Anglii epoki empire? Niepodobna!


      Dumny pan Darcy? Uwodzący pan Willoughby? Uroczy pan Tilney?
             Wszyscy mogą buty czyścić kapitanowi Wentworthowi!

                                                    
                                            „Duma i uprzedzenie” 1995/2005

   Chyba najbardziej znane ekranizacje, chyba najbardziej znanej książki Jane Austen. „Dumy…” nikomu przedstawiać nie trzeba, prawda? W skrócie - historia nieuzasadnionych uprzedzeń panny Bennet i przesadnej dumy pana Darcy’ ego. Ekranizacji było wiele, ja skupię się na dwóch ostatnich: słynnym serialu BBC z równie słynnym Firth’ owskim panem Darcy’m i produkcji z 2005 roku z główną reprezentantką filmów kostiumowych ostatniej dekady – Keirą Knightely.
   Obie realizacje stoją na wysokim poziomie. To, że serial jest wierniejszy niż film jest oczywiste samo z siebie. Więcej taśmy – więcej scen. W mojej subiektywnej ocenie film z 2005 wygrywa na polu dramaturgii rozgrywających się wydarzeń. Może wynika to z tego, że scenarzyści popłynęli na falach wyobraźni i powsadzali do filmu sceny, jakich w książce nie ma i nie powinny się znaleźć ze względu na realia epoki np. wyznanie miłości przez pana Darcy’ego w strugach deszczu, między romantycznymi, klasycznymi kolumienkami, nocne wizyty starszych pań, spacery wczesnym rankiem w rozchełstanej koszuli. Mi prywatnie te porywy natchnienia u realizatorów nie przeszkadzały, ponieważ wzmacniały emocjonalny przekaz (zwłaszcza te rozchełstane koszule :p ) rozgrywających się wydarzeń. Jeśli jednak ktoś zwraca uwagę na zachowanie realizmu, to może się srodze zawieść. Dlatego „Dumę i uprzedzenie” z Keirą polecam oglądać z przymrużeniem oka. Seria z lat dziewięćdziesiątych ma klimat bardziej zbliżony do książek Austen. Jest statyczny, ułożony i wierny oryginałowi literackiemu.

   A teraz panowie Darcy. Darcy Colina Firth’a obrósł imponującą legendą i jest umiejscowiony na półeczce podpisanej „idealny, wręcz wybitny pan Darcy, którego prześcignąć jest rzeczą niemożliwą”. Owszem, ów arystokrata w wykonaniu Colina Firth'a jest fantastyczny, ale czy aż do tego stopnia? Czy znakomite odegranie tej postaci automatycznie dyskredytuje innych aktorów i – co za tym idzie – innych panów Darcy’ch? Według mnie to trochę niesprawiedliwe oceniać wykonania innych aktorów przez pryzmat tego, jak zagrał Firth. Każdy ma inną wrażliwość i ma prawo inaczej okazać „dumę”. Matthew Macfadeyn owszem, zamiast na dumnego, wyglądał bardziej na zasmuconego, ponurego, a w niektórych momentach nawet obrażonego. Ale mimo wszystko nie zasłużył na taką falę krytyki, jaka miała swego czasu miejsce.

   Filmy na postawie Jane Austen są tematem rzeką i można o nich spokojnie napisać obszerny doktorat. Cóż zatem może mój maleńki blog? Nawet liznąć tematu nie za bardzo jest w stanie. Wiem tylko, że niezwykła popularność tych produkcji odzwierciedla nasze małe, nieszkodliwe marzenia i pragnienie przeniesienia się choć na chwilę do świata, gdzie każda panna znajduje w końcu swego wymarzonego kawalera, a każdy kawaler ma możliwość pogalopowania na rączym koniu i bycia rycerzem dla swojej damy. Kto o tym nie marzy?

   Dlatego zachęcam do oglądania tych produkcji! A że czasem nie wpasowują się w realia epoki? Można przymknąć oko, albo…szczerze się pośmiać.












sobota, 5 stycznia 2013

"Zanim bycie zombie stało się modne…"


   Mamy ostatnio do czynienia z obfitym wysypem filmów z zombies w roli głównej. Popularne stały się historie o ataku zombie, zakochanym zombie i zombie wcinającym mózgi. Zanim jednak popkultura upomniała się o należne im obok wampirów i wilkołaków miejsce, to mieliśmy już do czynienia z innym ich przedstawicielem. Nader rzadkim, ponieważ w wydaniu gotycko-mroczno-romantycznym. Był nim oczywiście "Kurk".
    Seria filmów o mrocznym mścicielu, który wstaje z grobu, żeby pomścić swoje krzywdy to już pozycja kultowa. Kultowa w sensie oczywiście umownym, bo nie każdy gustuje w amerykańskich mordobiciach podlanych metafizycznym sosem. Nie sposób jednak „Krukowi” odmówić  niezwykłej popularności i wciągającego, mrocznego klimatu.

    Ale po kolei. Dawno, dawno temu był sobie James O’Barr , który stworzył "Kruka" na papierze. Cała filmowa seria ma swój komiksowy pierwowzór. Ja osobiście nie miałam przyjemności przekartkować owego popkulturowego dzieła, ale w Internecie można znaleźć rysunki. Na przykład takie:


                                               
                                                               Rysunkowy mściciel.

   W 1994 roku wyprodukowano pierwszy film pełnometrażowy. I jak to zwykle z seriami bywa, ten jest najlepszy.
 
                                                                
                                                                       "The Crow".

   Akcja "Kruka" rozgrywa się w piekielnym Detroit. Miasto jest ciemne, ponure, czerń miesza się z granatem, rozświetlonym łuną pożarów i błyskiem wystrzałów, których w filmie nie brakuje. Głównym bohaterem jest Eric - muzyk, który wstaje z grobu i ubrany w super-extra-mroczne wdzianko sieje zniszczenie wśród morderców swojej narzeczonej i - jakby nie było - siebie samego. Podoba mi się scena, kiedy zombie-mściciel, po przebudzeniu wraca do swojego mieszkania. Bolesne wspomnienia bombardują mu głowę. Eric pragnie zemsty. Maluje więc twarz na biało, z martwych oczu spływają mu czarne łzy. W tle słyszymy The Cure, którego zresztą wokalista swoim image'em bardzo zombie przypominał. Legendarna scena, można by rzec. Szkoda tylko, że nie ma w niej odtwórcy głównej roli, Brandon'a Lee. Nie zdążył nakręcić akurat tych jakże ważnych ujęć. W pokoju na poddaszu jest dubler.  


   Film nie poraża jakąś intrygującą fabułą. Wręcz przeciwnie, jest ona banalnie prosta. Mściciel po kolei zabija wszystkich odpowiedzialnych za śmierć jego ukochanej, by na końcu połączyć się z nią i odnaleźć spokój w wieczności. Prosty schemat. Główny czarny charakter również niczym nie zaskakuje. Od czubka buta, po cebulkę włosa jest idealnym, czystym złem, bez żadnej psychologicznej głębi. A gdyby ktoś miał jeszcze jakieś wątpliwości, to dodano mu czarownicę u boku, a co!
  Brandon Lee wyjątkowo dobrze prezentował się w tej roli. To chyba najbardziej przekonywujący Kruk. I bardzo podobny do komiksowego pierwowzoru.


Eric - najlepszy kurczy mściciel ever. 
                                  
                          
   Myślę, że za legendą tego filmu stoją dwie rzeczy:  tragiczna śmierć odtwórcy głównej roli i mroczny, wręcz gotycki klimat, jakim spowita jest cała historia. To wystarczyło, żeby na fali popularności stworzyć jeszcze kilka kontynuacji. I zarobić niezłe pieniądze.

    Drugi film z serii powstał w 1996 roku. 

                                           
                                                       "The Crow: City of Angels".


   Główną rolę zagrał w nim europejski aktor Vincent Perez. I wypadł w tej roli równie przekonywująco, co Brandon. Ta kontynuacja podoba mi się chyba przez to, że jest w dużej mierze podobna do jedynki. Został w niej zachowany ten specyficzny, senny klimat i można zagłębić się w wykreowany świat bez obawy drastycznych zmian.
  W dwójce mścicielem jest Ashe, który dokonuje zemsty na mordercach swego syna. Ucieszyłam się odmianą: nie ma kobiety! Chyba trochę przed czasem, bo w kolejnej scenie pojawiła się eteryczna Sara. Moim zdaniem jej wątek jest zupełnie zbędny. Kilkudniowa znajomość z nią wystarczyła, by Ashe nie chciał wracać w zaświaty do syna. No, c’mon! 

        
                   Ashe i owa dzierlatka, która poruszyła jego martwe (sic!) serce.

      Los Angeles przedstawione w filmie sprawia wrażenie sennego, pogrążonego w mglistych zielono-żółtawych oparach miejsca. Skąpa kolorystyka i główny zły (niezapomniany Iggy Pop) ładnie uzupełniają całość. Nie podobało mi się jedynie dosadne okrucieństwo i zbyt wulgarna erotyka.

    Trzeci film „Kruk: Zbawienie” to już inna historia. Seria zaczyna lecieć w dół. 



                                                      "The Crow: Salvation".

   Alex, niesłusznie oskarżony o zabójstwo swojej dziewczyny, ląduje na krześle elektrycznym. Po przeobrażeniu się w mściciela robi krwawą jatkę skorumpowanym stróżom prawa. Eric Mabius jako zombie-mściciel wypadł słabiej niż Lee i Perez. Był bardziej ludzki, emocjonalny, zbyt „żywy”. W  dużej mierze odbierało mu to dramatyzm. Kruk sam w sobie jest postacią komiksową, przerysowaną i w tym jest jego siła. To istota zza grobu, która nie myśli już na sposób ludzki, która już tak nie działa. Kiepska była również charakteryzacja, makijaż i strój Kruka. 

                                 
                                           Alex - najgorszy kruczy mściciel ever.    

   Klimat miasta również mnie nie przekonał. W zadziwiający sposób ulotniła się ta klimatyczna magia. Było zbyt zwyczajne, brudne, jaskrawo oświetlone, hałaśliwe i gwarne. Nie do tego się przyzwyczaiłam.

   Czwarta część „The Crow: Wicked Prayer” moim zdaniem była słaba, ale jednak nieznacznie lepsza od trójki.


                             
                                                        "The Crow: Wicked Prayer".

    Akcja przeniosła się na tereny pustynne, gdzie można było poczuć indiańsko-szamańskie klimaty. Kurkiem stał się Jimmy, były więzień, zamordowany razem ze swoją dziewczyną Lilly (tak, bardziej słodko nie dało się ich nazwać). Czwarty Kruk, jak już wspomniałam, nie trzyma poziomu jedynki i dwójki, ale jest lepszy od trójki. Nie oceniam tutaj aktorstwa, ale ogólną atmosferę filmu, bo to ona w przypadku tej serii gra pierwsze skrzypce.



                                        Jimmy - ostatni jak na razie zombie-mściciel.


   Na bazie niezwykłej popularności kruczej historii  powstał również w 1998 roku serial telewizyjny "The Crow: Stairway to Heaven", swego czasu emitowany w TVP2 bodajże. W rolę mściciela wcielił się tutaj Mark Dacascos, niezapomniany Mani z "Braterstwa wilków". Serial bazował głównie na pierwszej części cyklu.


                     
                              Kruk, który może się pochwalić największą ilością ujęć.

   Jak już wspomniałam, fabuła serii o „Kruku” nie jest ambitna. Ogranicza się do systematycznego likwidowania kolejnych złych i wielkiego finału, w którym dokonuje się sprawiedliwość i główny czarny charakter zostaje wysłany do piekła, a mściciel może już wreszcie podążyć na niebiańskie łąki, do swoich bliskich. Cały film to pokaz wyrafinowanej przemocy i gloryfikacja zemsty. A mimo to, jest w nim coś, co przyciąga. Kobiety na pewno zgrabnie wpleciona metafizyka i ideał wiecznej miłości, mężczyzn mroczny klimat i kino akcji.  
   Czy ten film zasłużył na miano kultowego, to kwestia sporna. Ludzie wytworzyli wokół niego aurę, która taki właśnie popkulturowy kult tworzy. Dlatego powstają i wciąż powstawać będą produkcje bazujące na mrocznej historii zemsty zza grobu.


    

                                           Niech moc Kurka będzie z Wami.


                                            
                          


                   

Versailles. Prawo krwi - czyli bladolice chłopaczki w Wersalu.

       "Versailles. Prawo krwi" - superprodukcja francuska z 2015 roku.    Wyprodukowano jedynie trzy sezony, bo było za drogo. Od...