sobota, 8 marca 2014

"Rubens, Vermeer, Caravaggio, Malczewski na żywo, czyli między oczekiwaniami a rzeczywistością."


Lubicie chodzić do muzeów?




   Jeśli tak, to świetnie, bo to są naprawdę ciekawe miejsca. gdzie można dosłownie otrzeć się o przeszłość. Czy to nie fascynujące, patrzeć na coś, na co patrzyli ludzie dawno, dawnooo temu? Ludzie, którzy nie znali Internetu, samolotów, telefonów, i których światopogląd był diametralnie rożny od współczesnego? Czy to nie jest jedno wielkie wow? Jak tak sobie pomyśleć, to każda wizyta w muzeum może być nie tyle podróżą w przeszłość, co w głąb siebie. Sam fakt, że te przedmioty są, podczas, gdy po ludziach, którzy je stworzyli już dawno nie został żaden ślad, może być dosadnym przypomnieniem o tym, jak krótkie i ulotne jest ludzkie życie.
   Ja chodzę najczęściej do muzeów, w których zgromadzono kolekcje malarskie. Dlatego dziś mamy post dla tych, którzy lubią malarstwo. Miałam w swoim życiu szczęście zobaczyć facie ad faciem[1] niektóre dość znane dzieła.
   Widzieć obraz na żywo, a pooglądać go na stronicach albumu to dwie rożne sprawy. Odczucia są często bardzo inne. Obraz, który - wydawałoby się - jest wspaniały, okazuje się jedną niewyraźną, czarną plamą, czy też odwrotnie, jakieś dzieło nieprzykuwające wcześniej uwagi, na żywo rozbudzi całkiem niespodziewane emocje.

   Poniżej przedstawię kilka płócien, które widziałam. Zaczniemy od malarstwa europejskiego, a skończymy na naszym rodzimym podwórku. Wisienkę na torcie trzeba zachować na koniec, prawda?

[1] Facie ad faciem (łac.) – twarzą w twarz. Cóż, wprawdzie obrazy jako takie nie posiadają oblicza, naprzeciwko którego można by mężnie stanąć. Jednak, jak to uczenie wygląda, jak się w tekście zabłyśnie łaciną zaczerpniętą z Internetu :P.

Johannes Vermeer, „Dziewczyna z perłą”.



   Ten słynny obraz, nazywany Mona Lisą Północy, znajduje się w niderlandzkim muzeum narodowym Mauritiushuis. Bardzo mi zależało na jego zobaczeniu. Pierwsze wrażenie było takie, jakie mają wszyscy patrzący na Mona Lisę Da Vinci: „jaki niepozorny obrazek!”. Chodziłam po tym Mauritshuis’ie i chodziłam otoczona wieloma obrazami i nie mogłam owej „Dziewczyny…” znaleźć. Przez chwilę nawet myślałam, że została wypożyczona gdzieś na drugi koniec świata, żeby przykładowi skośnoocy miłośnicy sztuki też ją sobie zobaczyli.  Ale nie! Była! Ukryta między obwieszonymi biżuterią, piersiastymi damami Rubensa. Po pierwszym szoku spowodowanym jej niepozornością, stwierdzam, że zrobiła na mnie ogromne wrażenie! Tak skromna, o czystym, a jednak trochę zagadkowym spojrzeniu, spokojna i statyczna, namalowana na małym płótnie. Oświetlona delikatnie, wyróżniająca się na tle tych wszystkich wijących się, półnagich, albo okrytych ciężkimi zwojami atłasu kobiet. Kruchość i subtelność dziewczęcej postaci spotęgowana była lekko popękaną powierzchnią. Jest to obraz XVII – wieczny, więc to naturalne, ma już 300 lat. 
   Jest on zresztą bardzo zagadkowy. Nie wiemy, kiedy dokładnie powstał, kto pozował do portretu (istnieje teoria, że była to córka Vermeer’a). Jest to jeden z naprawdę niewielu obrazów tego malarza „bez akcji”. Nie wiadomo, czy płótno powstało na zlecenie, czy też było wytworem natchnienia. Ja raczej myślę, że jednak namalowano go na zlecenie. Vermeer nie był płodnym malarzem (zostało po nim niewiele ponad 30 płócien), za to był płodny z tej bardziej dosłownej strony. Źródła podają, że powołał do życia wraz ze swoją żoną od 10 do 15 pociech. Wyżywienie tak licznej gromadki nie było łatwą sprawą. Malarz robił, co mógł: malował na zlecenie, handlował dziełami sztuki, prowadził karczmę ojca itd. Ostatecznie narastające długi doprowadziły go do przedwczesnej śmierci, najpewniej na skutek zawału wywołanego stresem. Nie sądzę, żeby Vermeer malując „Dziewczynę…” spodziewał się, że właśnie ten obraz uczyni go nieśmiertelnym. A owa nieśmiertelność jest w pełni zasłużona. "Dziewczyna z perłą" jest zwyczajnie piękna w swej skromności i elektryzująco tajemnicza (kobieta odwraca głowę przez ramię: kto ją woła? Matka? Brat? Ukochany? Co znaczy jej nieobecne, rozmarzone spojrzenie i lekko uchylone usta? Co wydarzyło się wcześniej? O czym myślała? Może zatopiona w myślach wspominała niedawne spotkanie? Z kim?).

   Warto też obejrzeć film zainspirowany Vermeerowskim obrazem, „Dziewczyna z perłą” w reżyserii P. Webbera, ze znakomitym Colinem Firthem i Scarlet Johannson.  Fantastyczny, pełen emocji, z pięknymi zdjęciami pełnymi gry światła, jakby namalowanymi pędzlem mistrza Veermeer’a.


El Greco, „Zmartwychwstanie” (1577 – 1579).



   El Greco, mimo mylącego pseudonimu (naprawdę nazywał się Dominikos Theotokopulos), był malarzem hiszpańskim, jedynie pochodzenie miał greckie. Obraz „Zmartwychwstanie” można również zobaczyć w hadzkim Mauritiushuis’e. Zwraca uwagę ekspresyjnością i kolorami. O ile większość płócien w kolekcji tego muzeum pochodzi z XVII wieku i ma cechy typowo niderlandzkie (gładka faktura, statyczne postacie, ugrzecznione formy), o tyle obraz El Greca bije po oczach swoją intensywnością.
    Gdy nad nim stałam wydał mi się od razu inny, indywidualny. Płaszcz Chrystusa, światło, żółta koszula śpiącego żołnierza w rzeczywistości są o wiele bardziej żywe i wyraźne, niż na oglądanych w albumach reprodukcjach. Zwrócić można również uwagę na wydłużenie postaci, cechę charakterystyczną dla techniki tego malarza. Tutaj jest ono nieznaczne, ponieważ jest to dzieło z wczesnego okresu twórczości Hiszpana (Greko-Hiszpana?). W dalszych latach bohaterowie jego obrazów ulegają wręcz nienaturalnemu wydłużeniu. Było to świadome działanie malarza, mające na celu wzmocnienie uduchowienia i ekspresji przedstawionych postaci. Tak przynajmniej uważają eksperci :P . "Zmartwychwstanie" bardzo mi się podobało.


Caravaggio, „Chłopiec ugryziony przez jaszczurkę” (ok. 1596).




   O ile bardzo lubię tego włoskiego malarza i z chęcią oglądam jego obrazy w sieci, o tyle ten jeden jedyny, który mogłam zobaczyć na żywo, wyjątkowo mnie rozczarował.
   Płótno „Chłopiec ugryziony przez jaszczurkę” można było przez miesiąc oglądać w Galerii Wilhelma V w Hadze. Wybrałam się tam pakując pod jedno ramię koleżanki, pod drugie nadzieję na jakieś ekscytujące przeżycie. Sam obraz wzbudza podziw swoją dokładnością i wielkim, wręcz pieczołowitym oddaniem szczegółów. Wystarczy spojrzeć na pojemnik, w którym jest woda i odbite na jego szkle okno, albo na sposób namalowania owoców i liści (mistrzostwo!). Jednak sam obraz...ciemny, zgaszony (gdybym wcześniej o nim nie poczytała, to nawet nie zauważyłabym tytułowej jaszczurki)  Jedynie nieśmiała smuga światła pada od strony niewidocznego okna (to dopiero wstęp do charakterystycznego dla Włocha – tenberyzmu, czyli ostrego światłocienia wśród ciemnej palety barw).  Postać chłopca – zniewieściałego efeba, wydelikaconego pięknisia, była bardzo popularna w czasach, kiedy malarz tworzył. Dla mnie – znającej inne, o wiele bardziej fascynujące dzieła Caravaggio – nie jest to jednak temat zbyt zajmujący. Reprodukcja, jaką zamieściłam nie jest dobra. Nie oddaje zupełnie tego, co widziałam. Niestety nie znalazłam lepszej :(
    Sam malarz był ciekawą postacią. Awanturnik, zabójca, wygnaniec. Do wszystkich jego religijnych obrazów pozowały prostytutki. Gdy umarł, pewnie spoczął w nieznanym grobie, może nawet bez obrzędu pogrzebowego. W każdym razie, nigdy nie znaleziono jego ciała.

   Co nie zmienia faktu, że tego niedzielnego popołudnia poszłyśmy pozachwycać się „Chłopcem…”, a skończyłyśmy na podziwie dla pewnego schowanego w kącie obrazu Rembrandta...


Rubens, „ Nocna scena ze starą kobietą trzymającą kosz i świecę, z chłopcem u boku odpalającym światło”.



  Któż nie zna Rubensa, czołowego przedstawiciela malarstwa niderlandzkiego? Każdy zna, choćby nawet sztuką interesował się w takim stopniu, co azteckim rękodziełem. To marka znana na cały świat. 
    Obraz, który widzimy wyżej nie jest zbyt popularnym dziełem malarza. Nie znalazłam o nim w Internecie żadnych informacji po polsku. W samej galerii również wisiał trochę na uboczu, pominięty przez tłum garnący się do Caravaggio. Ach, a jaki to obraz! Wśród tych wszystkich brokatowych dam, wypolerowanych mieszczan, wydumanych mitologicznych scen i ułożonych pejzaży, dzieło Rubensa tętni życiem. Takim zwykłym, codziennym życiem. Jest to niewątpliwa zasługa światła.
    Na obrazie „ Nocna scena ze starą kobietą…” mamy dwie postacie: starszą już kobietę trzymającą w zagięciu łokcia kosz, a w dłoni świecę. Przez ramię zagląda jej chłopiec i odpala od ogarka płomień. Staruszka wydaje się pogrążona w jakiś miłych myślach. Chłopiec z kolei koncentruje swoją uwagę na jej twarzy, odpalając świecę jakby mimochodem. Mamy pokazany tutaj kontrast pomiędzy młodością, a starością. Gładkie, rozświetlone oblicze dziecka zostało przedstawione obok pomarszczonej (po mistrzowsku!), starej twarzy kobiety. Nie występuje jednak między tymi dwoma zjawiskami antagonizm. Przeciwnie, chłopiec ciepło, lekko przymrużonymi oczami patrzy na staruszkę, która lekko się uśmiecha. To jakby alegoria ludzkiego życia. Przejście z młodości w starość, we wzajemnej harmonii. 
   Tak siedziałyśmy na tej ławeczce, patrzyłyśmy na ten obraz i jego ciepło przenikało w naszą stronę.
   Rubens był malarzem, który świetnie sprawdzał się również jako dyplomata. Odwiedzanie z wszelakimi misjami mediacyjnymi najważniejszych europejskich dworów znacząco pomogło mu w karierze malarskiej. Miał - jak na malarza - bardzo udane, szczęśliwe życie. Opływał w luksusy i korzystał ze swojej sławy do samej śmierci. Jakże inna to historia od większości artystów, którzy mieli albo problemy miłosne, finansowe, egzystencjalne albo po prostu problemy z samym sobą, co często prowadziło do dramatów.



Jacek Malczewski, „Pytia”.


   Na koniec obiecana wisienka na torcie, czyli malarstwo polskie. Z uwagi na to, że aktualnie większość miesięcy w roku spędzam w Holandii, to naprawdę wyjątkiem jest, żebym mogła zobaczyć coś, co wyszło z pod polskiego pędzla. Miałam jednak to niebywałe szczęście, że będąc w Krakowie na warsztatach studyjnych odwiedziłam wystawę z obrazami Jacka Malczewskiego, czołowego symbolisty Młodej Polski. I jednocześnie mojego ulubionego malarza :) . Obrazy Malczewskiego są jedyne w swoim rodzaju, niepowtarzalne. Gloryfikacja wsi, symbolizm, mistycyzm, a wszystko na jednym płótnie!

  Powyżej zaprezentowana została „Pytia”. Dla niewtajemniczonych, Pytia to kapłanka - wyrocznia z mitologii greckiej. Panie te pełniły służbę w świątyni Apollina i były legendarnymi wieszczkami, do których tłumem walił cały starożytny świat, VIP-y znaczy się (królowie, herosi, pół-bogowie itd.) . Obraz ten na stałe ma swój dom w Lwowskiej Galerii Sztuki. Na płótnie przedstawiona jest rosła kobieta (nawiązanie do szalenie popularnego w tamtym okresie uwielbienia dla wsi i chłopów. Kobieta wygląda niczym hoża dojarka), w greckim stroju, lekko zamyślona. W tle widzimy twarz mężczyzny, która najpewniej należy do samego malarza.
   Na zdjęciu tego nie widać, ale jak ogląda się obraz na żywo, to wyraźne są wszystkie pociągnięcia pędzla. To nadaje życia, surowości, jakiegoś stanu niedokończenia, jakby artysta zrobił sobie tylko krótką przerwę i zaraz miał wrócić, żeby dokończyć to, co zaczął. Bardzo podoba mi się koloryt skóry kapłanki. Realistyczna wielobarwność, mistrzowskie cieniowanie. Cudo!
   Szczególnie jestem fanką serii płócien z motywem chimer. Mają w sobie taką polskość wymieszaną z bajkowością, jakiej nie da się podrobić. I jakiej nigdzie indziej nie można spotkać.

    Oglądanie obrazów może być fajnym przeżyciem. Czasami poruszają emocje w nich zawarte, czasami chwyta za serce niesamowita technika malarska. Zawsze znajdzie się coś, nad czym warto się zatrzymać. Jeśli ktoś ma okazję zobaczyć coś nowego, to nawet niech się nie zastanawia i śmiało maszeruje do najbliższego muzeum.

piątek, 31 stycznia 2014

"Dom nad Zatoką" – dom na mieliźnie.


   
 Książka Debbie Macomber „Dom and Zatoką” miała być pierwotnie powieścią obyczajową. Miała być, jednak się nią nie stała. W sumie nie wiem nawet, jak określić i do czego przyporządkować to, co wyszło spod pióra tejże autorki.

  Powieść obyczajowa z założenia ma skupiać się na życiu, emocjach i przeżyciach bohaterów, z którymi – ze względu na ich dokładną głębię psychologiczną – czytelnik może się utożsamiać. To wszystko powinno być spięte starannie zarysowanym tłem społecznym i obyczajowością. Z założenia.

 Mamy tutaj kilka wątków. Głównym jest motyw problemów małżeńskich Cecylii i Iana. Świeżo poślubieni małżonkowie przeżywają poważny kryzys: krótko po ślubie umiera ich córeczka Alice. Z tą śmiercią, pogrzebem i żałobą musi sobie radzić sama Cecylia, ponieważ jej mąż – żołnierz marynarki – pełni służbę na łodzi podwodnej i nie ma bladego pojęcia o rozgrywającej się właśnie tragedii. Rozgoryczona tym faktem Cecylia postanawia złożyć pozew o rozwód. Miejscowa sędzina zaleca jednak wspólną terapię i daje im czas na rozwiązanie swoich problemów. Tak zaczyna się cała historia. W międzyczasie do akcji wkraczają inni bohaterowie: wspomniana wcześniej sędzina Olivia Lockhart i wątek jej znajomości z nowo przybyłym do miasta redaktorem naczelnym regionalnej gazety Jackiem Griffinem, jej córka Justine umawiająca się ze znacznie starszym mężczyzną, matka pani Lockhart zajmująca się tajemniczą skrytką pozostawioną przez jednego z sędziwych pacjentów domu starości, czy Grace, która nie może otrząsnąć się po nagłym zniknięciu męża.
  Nie będę tu opisywać każdej z tych historyjek, bo szkoda na to klikania. Powieść ma potencjał, jednak został on całkowicie zniweczony. 

  Książka została napisana w sposób nudny, sztampowy, byle jaki. Mamy tu same ogólniki, schematyczne zachowania. Postacie są płaskie, typowe. Olivia Lockhart jako sędzina jest oczywiście mądrą, zadbaną, opanowaną kobietą z klasą. Jej matka, Charlotte to pocieszna staruszka, która chce zeswatać swoją rozwiedzioną córkę. Amant, jak przystało na redaktora naczelnego jest błyskotliwy, obyty i przystojny. Justine to niebywale piękna kobieta, która w wieku 27 lat jest dyrektorem banku itd. Nie nabiedziła się autorka nad rysem psychologicznym swoich postaci, o nie. Dialogi są infantylne, sztuczne do bólu. Która matka, gdy jej dziecko zadzwoni i powie, że właśnie wzięło ślub z facetem po miesiącu znajomości (z przerwami, bo on łowi w międzyczasie ryby na Alasce), powie: „Och, kochanie, tak się cieszę!”. Zachowania bohaterów są irracjonalne, przykładowo: mąż Grace. Wiemy, że nie działo się dobrze w ich małżeństwie, ale już nie wiemy dlaczego. Jaka była przyczyna jego odejścia? Co było nie tak? Facet przez pół książki siedzi przed telewizorem z kwaśną miną, nagle znika i sayonara! Tyle go widzieliśmy!

    I tak cały czas.

 Powieść obyczajową, jeśli nie bohaterowie, to powinno ratować tło. Opis urokliwego miasteczka, zatoki, nad którą miejscowość leży, wiatru, kamieniczek. Niech czytelnik poczuje klimat miejsca, o którym czyta. Niech będzie ono jedyne w swoim rodzaju. Tymczasem „Dom nad Zatoką” oferuje nam jedynie opis kilku knajp, sądu i biblioteki.


  Ta powieść nie ma duszy.  Licząca niedużo stron wynudziła mnie śmiertelnie. Takim obyczajówkom mówię zdecydowane: nie!


wtorek, 17 grudnia 2013

"Dickens! Dickens na ekranie, drogie panie!"

   
    Dziś poplotkujemy sobie o kinematografii tworzonej na podstawie powieści Charles’a  Dickens'a. Zanim jednak do tego przejdziemy, to chciałabym przedstawić owego XIX-wiecznego dżentelmena.

   Oto i Mr. Dickens:

                                         Biedny Charles po ataku fanek...

    Skoro już znamy bohatera całego dzisiejszego zamieszania, to możemy przystąpić do meritum. Kino biorące sobie za bazę twórczość Charles’a Dickensa jest równie charakterystyczne, jak to opierające się na książkach Jane Austen. Obie serie filmów łączy niepowtarzalny klimat, charakterystyczne społeczno - mieszczańskie tło i wyraziści, czasem aż przerysowani bohaterowie. Nic dziwnego zatem, że prawie równolegle z narodzinami kina, zaczęły powstawać jak grzyby po deszczu obrazy opierające się na  XIX- wiecznej prozie tego znakomitego, brytyjskiego pisarza. 

   Większość dickensowskich filmów łączą pewne wspólne cechy. Najbardziej wyraźne z nich, to:

- podział na czarnych i białych bohaterów  –  tutaj nie ma wątpliwości, kto jest dobry, a kto zły. Główni bohaterowie są kryształowo szlachetni i dobrotliwi, czasem wręcz do przesady graniczącej ze ślepą naiwnością. Zazwyczaj wyjątkowo ciężko doświadczeni przez los, są jak skała. Nic nie jest wstanie zmienić ich niezłomnego charakteru i stłumić słusznego dążenia do czynienia dobra. Czasami bohater pozytywny błądzi ( np. Pip z "Wielkich nadziei"), jednak w ostatecznym rachunku powraca na drogę dobra. Nie można też pominąć najsmaczniejszego kąska, jakim są niesamowicie wyraziści, często groteskowi bohaterowie drugoplanowi. Niejednokrotnie są oni uosobieniem poszczególnych ludzkich cech. I przez to są często ciekawsi nawet od głównych postaci.

Przykład szlachetnej do bólu postaci:



                                 Mała Dorrit w typowej dla siebie scenerii...                   
      Z kolei bohaterowie negatywni są zepsuci do szpiku kości, nikczemni  i większość swego życia spędzają na knuciu podłości.

Przykład dickensowskiego niegodziwca:

                                       Uriah Heep i jego gusta kulinarne…

   Powieści Dickensa pod tym względem wydają się czerpać z niezmierzonej skarbnicy inspiracji jakimi są legendy, baśnie i bajki. W tych magicznych opowieściach zły jest ZŁY, a dobry jest DOBRY. I nie sposób się pomylić. Mogę nawet wysnuć wniosek, że popularność tego pisarza poniekąd wypływa z tego, że jego książki są niczym baśnie dla dorosłych. Przygody, perypetie i trudności, z którymi musi zmierzyć się pozytywny bohater, sromotna klęska postaci negatywnych i triumf dobra. Czy znacie coś, co czyta się lepiej?

-  gotycki klimat, tajemnicze sprawy, w które wikłają się bohaterowie, sekrety rodzinne - na tle stylu życia różnych warstw społecznych i realizmu, który momentami zahacza nawet o naturalizm, autor wplata wątki charakterystyczne dla epoki romantycznej. Silnie zaakcentowane jest to w wielu filmach. Przykładowo: dom pani Clennam z serialu BBC "Mała Dorrit" (2008), to czystej wody nawiedzony dom – przynajmniej z wyglądu.  Z kolei postać panny Havisham "Wielkie Nadzieje" (2008), mrozi krew w żyłach.

                                    Panna Havisham - czyż ona nie jest 
                              w pewien tragiczny sposób przerażająca?


- zaangażowanie społeczne - twórczość Dickensa to również ukazanie i napiętnowanie niesprawiedliwości społecznej, ucisku słabych i bezbronnych. Nikt tak jak on nie ukazywał wszechobecnej biedy, wadliwego systemu wykorzystującego do niewolniczej pracy dzieci i starców. W swoich utworach zawsze stawał po stronie uciskanych, często kończąc powieści zakończeniami, które niosły nadzieję i w których dokonywała się tak rzadka w realnym świecie, sprawiedliwość.

- morał - są to książki, które śmiało można czytać, lub dawać do przeczytania młodszym. One wychowują, klarownie pokazują, co jest dobre, co złe i jak należy reagować w obliczu przeciwności życiowych.

   Za chwilę przedstawię kilka obejrzanych adaptacji. Mogą jednak pojawić się pewne spojlery, dlatego, jeśli ktoś nie chce znać zakończenia, bądź rozwinięcia lektury, to zapraszam do ostatniego akapitu.





David Copperfield (1999), reż. Simon Curtis 



   Historia Davida Copperfielda - to opowieść o osieroconym we wczesnym dzieciństwie chłopcu. David jest pogrobowcem, czyli dzieckiem urodzonym już po śmierci rodzica. Matka Davida wyszła ponownie za mąż. Ojczym okazał się tyranem i despotą, który wysłał małego chłopca początkowo do szkoły, a później już do ciężkiej pracy w mieście. Żyjący w skrajnej biedzie dzieciak, postanowił uciec do swojej nigdy nie widzianej ciotecznej babki Betsy Trotwood…


   Film ma dwie części, obrazujące oddzielnie dzieciństwo i dorosłość Davida Copperfielda. Ja jednak chciałabym skupić się na części pierwszej. Jak ja wraz z moją mamą na tej części pierwszej płakałam! Mały David umorusany smołą, żebrzący na ulicy, wędrujący resztkami sił do tej babci. Serce się krajało! 

                                 Harry! Harry! Wyciągnij różdżkę
                        i zamień tych bydlaków w gacki wielkouchy!


   Małego Davida zagrał znany wszystkim Daniel Radcliffe, czyli sam Harry Potter. Swoją drogą, ten biedny Potter to miał naprawdę przechlapane: jak nie czyhał na niego zły czarnoksiężnik bez twarzy i z wężem w roli domowego zwierzątka, to był poniewierany przez złego tatuśka, ciotkę klotkę i nauczyciela-sadystę. Zresztą, w Hoghwarcie muszą szczególnie lubić tę powieść, bo wystąpić w jej ekranizacji zgodził się nie tylko Harry, ale też pani Hoock, profesor McGonagall i Dolores Umbridge. Ci z"Władcy Pierścieni" chyba poczuli się pominięci, i do obsady wcisnęli też Gandalfa. Cóż za honor!

   „David Copperfield” jest filmem, dzięki któremu przeżyłam bardzo intensywne emocje jako widz. Radcliffe, jak na tak małego aktora zagrał bardzo sugestywnie, cała plejada znakomitych brytyjskich aktorów też zrobiła swoje. Część druga podobała mi się już jednak mniej. Ciarán McMenamin w roli dorosłego Copperfielda nie pasował mi wizualnie. Miałam dyskomfort oglądając go na ekranie. 
   Jeśli będziecie mieli okazję, to zobaczcie również i inne filmowe wersje tej powieści. A jest ich całkiem sporo. Miniserial z 2000 roku,  starsza adaptacja z 1974 roku, czy nawet włoska z 2009 (choć do tej podchodzę sceptycznie - moim zdaniem Włosi zupełnie nie czują klimatu angielskich powieści. Przykładem może być choćby zmasakrowana ekranizacja Wichrowych Wzgórz).



Nicholas Nickleby (2002), reż. Douglas McGrath



   Nicholas Nickleby, to młody, szlachetny człowiek, który po śmierci ojca (co z tymi ojcami, że oni tak wymierają hurtem?), jest zmuszony zawalczyć o byt dla siebie, matki i siostry. W tym celu - pełen dobrych chęci i wiary w przyszłość -  wyrusza do Londynu, do stryja. Stryj zapewnia mu posadę nauczyciela, jednak nic nie jest takie, jak początkowo się wydaje...

   Kolejna bardzo dobra adaptacja! I znów plejada gwiazd, które - jak widać - lubią od czasu do czasu dla odmiany pokazać się w klasycznych, a nie kontrowersyjnych produkcjach. Film jest bardzo dobrze zrobiony, na uwagę zasługują kostiumy (elegancki czarny surdut głównego bohatera - cudo!). Nicholas'a zagrał nieznany mi wcześniej Charlie Hunnam. Wypadł bardzo wiarygodnie w roli dobrego młodzieńca o kryształowej duszy i gołębim sercu. No, i całkiem przystojny z niego mężczyzna, a to - nie oszukujmy się - również ma znaczenie.

               Młody Nickleby - spójrzcie, czyż nie jest uroczym misiaczkiem?

   Ukochaną naszego Misiaczka zagrała młodziutka jeszcze wtedy Anne Hathaway. Niektórzy zarzucają jej słabą grę aktorską. Mi nie przeszkadzała ani jej gra, ani ona sama, choćby dlatego, że jej rola nie była jakoś wyjątkowo rozbudowana i w sumie sama aktorka niewiele mogła z niej wycisnąć. W pannę Nickleby wcieliła się z kolei Romola Garai, która wg mnie prowadzi cichą wojnę z Keirą Knightley o tytuł "królowej filmów kostiumowych z Wysp Brytyjskich". Rola jednak jest tak samo mało wymagająca, jak i rola Hathaway. Ale cieszą oczy dziewczynki, cieszą. Swoją eterycznością, kobiecością i bezbronnością są wstanie wydobyć z panów westchnienie: gdzie takie kobiety się podziały? Współczesne, ufeministycznione panie mogą za to być poirytowane ich nieporadnością. To również jest ciekawy rys tych filmów. Nic się tak nie zmieniło od dawnych czasów, jak właśnie kobieta. Należy też wspomnieć o małej roli Jamie'go Bell'a, tytułowego odtwórcy w słynnym filmie "Billy Elliot".
   Nicholas Nickleby jest kinem rodzinnym, umoralniającym w tym dobrym znaczeniu. Ciepłym, i takim, w którym doskonale zachowano ducha epoki wiktoriańskiej. Mamy tutaj trudności, mężne ich przezwyciężenie i radosny finał. Taki, jakie ja - akurat w tego typu filmach - lubię najbardziej, czyli...

...ślub!




Wielkie Nadzieje (2011), reż. Brian Kirk



   Historia chłopca o dość nonszalanckim imieniu Pip Pirrip. Wychowywany przez siostrę żyje biednym, spokojnym życiem, kształcąc się pod okiem szwagra na wioskowego kowala. Jego egzystencję odmieniają dwa brzemienne w skutki wydarzenia. Pierwsze, to udzielenie pomocy zbiegłemu więźniowi, a drugie, to poznanie zgorzkniałej panny Havisham i jej podopiecznej Estellii. Niespodziewane pieniądze, jakie Pipp otrzymuje, rozbudzają w nim wielkie nadzieje na odmianę losu (sam tytuł może być interpretowany różnorako, co uwielbiam). Chłopiec wyjeżdża do miasta, gdzie dorastając, powoli zapomina i wyrzeka się dawnego życia oraz rodziny, która go wychowała. Czy Pipp całkiem zagubi swoją tożsamość? Kto okaże się szczodrym darczyńcą? Czy Pip, zakochany w Estelli zdobędzie jej serce?

   "Wielkie nadzieje" to historia z elementami tej gotyckiej, romantycznej grozy, o której pisałam wcześniej. Cały niepokój sieje tutaj panna Havisham. Skrzywdzona przez mężczyznę, porzucona w dniu ślubu, nigdy po tej tragedii się nie otrząsnęła. Jej dom, to domostwo martwych wspomnień i opustoszałych pokoi. Wychowuje swoją podopieczną, by teraz ona krzywdziła mężczyzn. Pierwszą ofiarą tej nienawiści staje się biedny, niczego nieświadomy Pip. Panna Havisham w wykonaniu znanej nam z kultowego "Archiwum X" Gillian Anderson naprawdę budzi lęk i fascynację zarazem. A ostatnia scena z jej udziałem to już w ogóle majstersztyk (mniejsza o to, że nie jest zgodny z powieściowym oryginałem). Zawiedli natomiast młodzi aktorzy. Pip odtwarzany przez Douglas'a Booth'a jest zbyt wymuskany, gładki. To nie jest chłopiec, który pół swego życia spędził w rodzinie biednego kowala. Ogólnie nie przepadam za tym aktorem i z prawdziwym bólem serca przyjęłam do wiadomości, że zagra on Romea w najnowszej wersji "Romea i Julii". Estella, w roli której wystąpiła Vanessa Kirby, zraziła mnie swoją bezbarwnością. Te drobne ubytki nadrabiają za to przepiękne zdjęcia, kostiumy i klimat filmu. Z wielką ciekawością śledziłam losy nie tylko Pipa, ale i postaci pobocznych, które również miały swoje odrębne wątki ( na przykład Herbert Pocket, czy Klara). No i zakończenie mnie usatysfakcjonowało! Wszystko zaskoczyło na właściwe miejsce. Ach, ten Dickens! Na nim to zawsze można polegać! Znów mamy to, co  lubimy najbardziej, czyli...

...ślub!



   Na uwagę zasługują - jak zawsze - i inne ekranizacje. Przykładowo najnowsza, świeżynka z 2012 roku z samym Ralph'em Fiennese'em ( co ciekawe, aktor ten wyreżyserował film na podstawie bigorafii Dickensa i zagrał w nim główną rolę). Bardzo ciekawa jest również współczesna wersja "Wielkich nadziei" z Ethanem Hawkiem, Robertem De Niro, Gwyneth Paltrow oraz fenomenalną śp. Anne Brancroft.

Mała Dorrit, reż. Andrew Davies



  Historia Amy Dorrit, ubogiej szwaczki o złotym sercu, zamieszkującej wraz z ojcem więzienie dla dłużników. Spotkanie Arthura Clennam'a, próbującego rozwikłać tajemniczą, rodzinną zagadkę stanie się dla niej i jej bliskich początkiem wielkich zmian...

   Kolejna, po "Wielkich nadziejach" tajemnicza historia rodem z epoki romantyzmu! Kilkuodcinkowy (nie pomnę już, ilu) serial wyprodukowany przez BBC z Claire Foy i Mathew Macfadyen'em w rolach głównych.
   Oglądałam całą produkcję z zainteresowaniem gnana ciekawością o co właściwie chodzi, ponieważ aż do ostatniego odcinka rozwiązanie fabuły nie zostało zdradzone. Historia poprowadzona jest ciekawie i z gracją właściwą tej stacji. W pewnych momentach jednak kuleje. 
   Mamy ponury dom pani Clennam, godny najlepszych gotyckich ekranizacji, tajemnicę, której owa kobieta namiętnie strzeże i jej poczciwego syna próbującego od jednej biednej nitki dojść do kłębka. Mamy tutaj bardzo wyraźny podział na złych i dobrych. Główni bohaterowie to chodzące cnoty. Grana przez Foy, Amy jest dobrą, troszczącą się o wszystkich, lojalną istotą. Sama aktorka ze swoją delikatną, bardzo dziewczęcą urodą bardzo do tej roli pasowała. Ciekawy zabieg - ubierano ją zawsze w fioletowe suknie. Nawet na ślub! Lata 30 - te XIX wieku, nie są ulubionym okresem dla filmowców. Dlatego nie często możemy zobaczyć na ekranie, jak wtedy nosiły się kobiety. Opowieści Dickensa dzieją się w większości w tym właśnie okresie. Możemy zatem poobserwować, jakie stroje były modne w czasach dzieci naszych ulubionych bohaterów by Jane Austen. Cóż, mała rzecz, a cieszy :) . 
   Z kolei Arthur Clennam grany przez (całkiem przystojnego w "Dumie i uprzedzeniu") MacFadyen'a nie spełnił moich oczekiwań. Owszem, zagrał dobrze. Jednak sama rola nie wymagała od niego zbyt wiele. Bo cóż trudnego w zagraniu uczciwego, solidnego, szlachetnego mężczyzny? Nawet mam wrażenie, że aktor fizycznie się do niej przygotował. Zamiast amanta na miarę pana Darcy'ego, mamy pulchnego, podgolonego mieszczanina.  Nie mówię, że to źle, jednak moje kobiece serce doznało pewnego rozczarowania. Obok tej dwójki, mamy też bardzo ciekawe - jak zwykle u Dickensa - grono postaci drugoplanowych. Panią Clennam, twardą, srogą kobietę, która całe życie walczyła o ukrycie niechlubnej przeszłości rodziny. Jej zaufanego sługę Flintwinch'a, mordercę Rigauda, który całkiem przypadkowo - gnany chęcią wyłudzenia pieniędzy - wplątuje się w sam środek intrygi. Mamy zakochanego nieszczęśliwie w Amy skromnego, trochę bujającego w obłokach Chivery'ego i komiczną adoratorkę Arthura pannę Finching, nieszczęśliwego w rodzinie bankiera Merdle'a, czy niepełnosprawną Maggie.
   Źle, w sposób dla mnie niezrozumiały i tak jakby doklejony na siłę poprowadzony jest wątek demonicznej Harriet i czarnoskórej Tattycoram. Być może spowodowane jest to nagromadzeniem różnych historii i dużą ilością postaci. Oprócz wątku miłosnego, jest tutaj bowiem wątek oszustw giełdowych, wątek feminizmu, poruszony został również motyw zamknięcia, długoletniej izolacji, po której powrót do normalnego życia czasami staje się zwyczajnie niemożliwy.
   Serial jest ciekawy. Może nie porywający, jednak przyjemnie się go ogląda. Stroje są dopracowane, realia oddane, a i duch Dickens 'a się nad tym wszystkim unosi. I choć zakończenie nie dla wszystkich bohaterów kończy się szczęśliwie, to dla nas, trzymających kciuki za dobro, jak najbardziej. Dlaczego? Bo znów mamy...

...ślub!

                               Fioletowa suknia ślubna...cóż za awangarda!



   Dickens w swoich powieściach potrafił wzruszyć czytelnika, seriale BBC i filmy na jego podstawie również.  A najfajniejsze jest to, że zawsze można na koniec spodziewać się, że wyskoczy nam banan na twarzy. Bo wszystko kończy się tak, jak powinno się kończyć też w realnym życiu. Ślubami, uśmiechami, szczęściem! Triumfem dobra i sprawiedliwości. Dickens na powrót wtłacza w nas wiarę, że za każde nasze cierpienie prędzej, czy później zostaniemy nagrodzeni.


wtorek, 30 lipca 2013

„Królowa w kolorze karminu” – królowa po macoszemu.


Renata Czarnecka, "Królowa w kolorze karminu".




"Wzruszająca historia opowiadająca o romansie i małżeństwie Barbary Radziwiłłówny i Zygmunta Augusta. Spotkanie tych dwojga ludzi zmieniło nie tylko ich życie, ale także bieg historii.
Urzekająca opowieść w ciekawy sposób ukazuje również kulisy wielkiej polityki, gdzie Radziwiłłowie skrzętnie wykorzystywali związek siostry z królem, by zaspokajać partykularne interesy rodu. A wszystko zostało przedstawione na tle barwnego życia dworskiego, gdzie roiło się od intryg i zdrad."

   To by było na tyle, jeśli chodzi o oficjalny opis powieści. Teraz ja napiszę, dlaczego właściwie ta książka mi się nie podobała.

   Teoretycznie ma wszystko, co powinno mnie zainteresować: bardzo ciekawe czasy historyczne, nietuzinkowe postacie i fascynującą historię ich życia. A mimo to czasu spędzonego z „Królową…” nie mogę zaliczyć do udanego. Pierwsza rzecz, to strasznie ciężki styl pisania autorki. Nie wiem dlaczego, ponieważ opisy są w miarę zrównoważone z dialogami, nie ma zbyt wielu dłużyzn, jednak czytanie szło mi jak po gruzie. Poprzednią książkę pani Czarneckiej „Signora Fiorella kapeluszniczka królowej Bony” czytało mi się równie ciężko, nużąco i źle. Nie dokończyłam jej. Przy „Królowej…” , mimo że ma ponad 700 stron uparłam się. Nie wiem w czym tkwi moja trudność w wydobyciu lekkości z książek tej autorki.  Jej historie po prostu mnie nie porywają.

   W powieści ważną rolę odgrywa erotyzm. Nawet więcej, on się dosłownie wylewa z jej kart. W moim odczuciu autorka grubo przesadziła. Czasy renesansu były dość frywolne, przyznaję. Po ascetycznym średniowieczu ludzie zachłysnęli się swobodą, jaką dała im nowa koncepcja życia. „Człowiek na pierwszym miejscu”, czyż to nie najlepsze hasło do usprawiedliwienia rozpasania seksualnego? Mimo to, w książce nie powinno to być tak nachalnie ukazane. Czytając, miałam wrażenie, że bohaterowie to stado nimfomanów, począwszy od karłów, poprzez medyków, dworzan, a skończywszy na królu i królowej. Moje zniecierpliwienie potęgował również sposób, w jaki owa seksualność została opisana. Teksty typu „widziała pożądanie w jego oczach”, czy spojrzał na „usta pragnące pocałunków” przywodziły mi na myśl kiepskie harlequiny, które można nabyć na stacjach PKP. Początek książki, scena w której Barbara oddaje się zapomnieniu w ramionach kochanka jest zabiegiem dość ryzykownym. Niby seks się sprzedaje, ale taki początek podzieli czytelników na dwie grupy: tych, których zachęci w nadziei na jeszcze smaczniejsze kąski, i tych którzy takiej powieści nie potraktują poważnie i odłożą ją automatycznie na bok. Gdybym się nie uparła, że to przeczytam, to znalazłabym się niewątpliwie w tej drugiej grupie. Za plus pani Czarneckiej można przypisać to, że nie zagalopowała się w zbyt dosadnym opisywaniu stosunków cielesnych.

   Kolejna rzecz, to romans Barbary i Augusta, który miał być osią całej fabuły. I faktycznie był, jeśli spojrzeć na dworskie rozmowy i intrygi. Odniosłam jednak wrażenie, że miłość króla i Litwinki posłużyła jedynie temu, żeby dworzanie sobie poplotkowali. Chyba nie o to chodziło. W przedstawieniu uczuć głównych bohaterów nie było żadnej głębi. Wiemy, że pociągali się fizycznie, to było wielokrotnie podkreślone. Czekałam jednak na rozwój tego uczucia. Czekałam, czekałam i się nie doczekałam. Przez całą książkę jest bodajże cztery dialogi między Radziwiłłówną, a królem. Dialogi? Raczej krótka wymiana zdań i to frazesów w stylu : „dla ciebie jestem gotów zrzec się korony” (nie przytaczam tutaj dosłownych cytatów, jedynie ogólny ich wydźwięk). Nie ma ani jednej głębszej rozmowy, która pominęłaby temat pożądania i byłych kochanków. Wrażenie było takie, jakby nie mieli o czym ze sobą rozmawiać.

   Postaci królowej nie dałam rady polubić. Była niczym trojańska Helena. Pożądali jej niemal wszyscy, co dla mnie było dość komiczne. Źródła mówią, że była piękna, nawet jej wrogowie temu nie zaprzeczali. Jednak droga od zachwytu do pożądania seksualnego jest usłana jeszcze wieloma innymi uczuciami (uwielbieniem, podziwem, miłością platoniczną, zazdrością, wreszcie zwykłą przyjemnością z patrzenia na urodziwego człowieka). Skąd u pisarki pomysł, że mężczyźni odczuwają tylko fizyczne pożądanie na widok ładnej buzi?
   Barbara chciała być wolna, buntowała się wobec tego, że jest jedynie marionetką w rękach swojej rodziny. Chwalebne, godne podziwu pragnienie, zważywszy na czasy w jakich żyła. Jednak zaraz potem spadamy na ziemię. Bo do czego pragnienie wolności według Barbary się sprowadzało? Do swobodnego wybierania mężczyzn na każdą kolejną noc. Do własnego rozporządzania własnym ciałem. Pewnie każda kobieta w tamtych czasach miała takie pragnienia, ale nie wydaje mi się, żeby były one osią walki o swobodę. Wolność niesie o wiele więcej korzyści, niż tylko wybór przygodnego kochanka. Nie wiele się w sumie o Barbarze dowiadujemy. Większość powieści to rozmowy i uczucia dworzan, rodziny królewskiej kochanki, czy królowej Bony. Sama Barbara snuje się gdzieś tam w tle i tylko od czasu do czasu autorka informuje nas, że kobieta tęskni za dotykiem Augusta, czuje się samotna, czy odtrącona przez otoczenie. Synowa Bony była postacią niewątpliwie tragiczną, niejednoznaczną. Sądzę, że można było bardziej zagłębić się w jej psychikę, zamiast opowiadać nam historie kto kogo pożąda na wawelskim dworze.

   Raziło mnie też poprowadzenie fabuły w ten sposób, że jeśli kilka rozdziałów poświęcone było innej osobie (królowa Bona, królowa Elżbieta) to reszta najważniejszych postaci, w szczególności Barbara, zostawały pominięte i właściwie nie wiemy, co się z nimi w tym czasie działo. Znów mamy tylko szepty dworzan w komnatach i czyhanie w antykamerach na najświeższe nowiny. 

   Dworzanie. Autorka poświęciła im najwięcej miejsca. Praktycznie wszystkiego dowiadujemy się z ust sług i rodziny królewskich kochanków. Jednak wśród tej całej gromadki nie ma ani jednej charakterystycznej postaci, która przykułaby uwagę i na którą czekałoby się z każdą przekartkowaną stronicą. Mężczyźni w większości to piękne efeby, a kobiety eteryczne nimfetki. Owszem, królowa miała prawo otaczać się urodziwymi ludźmi, ale w większości musiały to być osoby z możnych rodów, gdzie piękny wygląd nie był regułą. Owszem, występują tutaj mniej urodziwe, ciekawsze postacie (Katarzyna – intrygująca epizodyczna postać), ale pojawiają się na krótką chwilę. Podobały mi się wątki karlic królowej Bony i Barbary oraz krótka historia w/w Katarzyny. Wśród dworzan wielu było wiary protestanckiej, co zostało moim zdaniem za późno powiedziane. W owych czasach religia Kalwina odgrywała dość istotną rolę. Autorka podkreśliła, że król sprzyjał innowiercom, ale nie powiedziała, kto z ważnych postaci jest wyznawcą kalwinizmu. Nie było to potrzebne, nie wzbogacało fabuły? Moim zdaniem wzbogaciłoby, a przynajmniej pomogło zachować płynność historii. Król, żeby koronować Barbarę przyjął edykt sprzyjający katolikom. Wtedy z zaskoczeniem dowiadujemy się, że główne nadworne postacie są kalwinistami, jak na przykład Kieżgajło, czy Tarło. Moja pierwsza reakcja: a to oni są protestantami? O, popatrz!

   Cała historia Barbary i Augusta toczyła się w ciągu prawie ośmiu lat. Niestety nie odczułam w powieści tego czasu. Wszystko opisane jest tak, jakby kochankowie byli ze sobą dwa, trzy lata. Wprawdzie gdzieniegdzie jest wspomniane, że mijały miesiące, ale to zauważa się mimochodem. Gdyby autorka wspomniała o wydarzeniach historycznych, które działy się w tamtym czasie, to powieść nabrałaby większego tempa i rozmachu.

   "Królowa..." ma 700 stron, a cała historia opowiedziana jest w bardzo kameralny sposób. Przez cały czas siedzimy w antykamerze, albo w komnatach królowej, obok naprawdę istotnych wydarzeń. Król walczył o Barbarę, były sejmy, zjazdy. Nie wiemy, co tam się działo. Opis koronacji, wydarzenia, o które kłócono się przez pół książki pozbawiony był szczegółów, opisu całej pompy, z którą niewątpliwie go przygotowano. Być może takie było zamierzenie pani Czarneckiej, żeby pokazać to z innej strony, ze swego rodzaju „backstage’u”. Nie wiem.


   Książka mnie nie porwała, jednak czytałam dużo gorsze. Pewne rzeczy mnie zainteresowały. Wątek królowej Elżbiety był ciekawy. Szczerze jej współczułam. Królowa Bona również wypadła przekonywująco.  Na uznanie zasługuje też ciężka praca Renaty Czarneckiej. Zapełnić ponad 700 stron drukiem, to nie taka prosta sprawa. Być może nie zrozumiałam tej powieści, może coś mi umknęło. Jakieś ogólne, nieznane mi założenie autorki, pomysł na wybrany temat. Wielu czytelnikom książki pani Czarneckiej szczerze się podobają. Ja spasowałam, jednak jeśli ktoś będzie miał możliwość przeczytać coś tej autorki, to zachęcam. A nóż się spodoba, tak jak innym?



Versailles. Prawo krwi - czyli bladolice chłopaczki w Wersalu.

       "Versailles. Prawo krwi" - superprodukcja francuska z 2015 roku.    Wyprodukowano jedynie trzy sezony, bo było za drogo. Od...